Integra

Zobacz swój horoskop urodzeniowy
Za kulisami "Slumdoga" - astrologicznie
Astrologia i mity
Astrodrama: Księżyc–Słońce–Ascendent
Socjopatyczna Malkontentka i Baran solarny
Christie for Christmas
Wężownik, precesja i inne młoty na astrologię
Uran, kryzys i świadomość

Zobacz swój horoskop urodzeniowy

(1.02.2014) UWAGA: Opisana w poniższym artykule możliwość wygenerowania swojego horoskopu na stronie www.capricorn-astrology-software.com jest nadal aktualna, ale na stronie tej wprowadzono pewne zmiany. Nie wszystkie opisane opcje są dostępne. Aby wygenerować swój horoskop, należy przejść do działu "FREE NATAL CHART" (na dole strony, po prawej). Polecam również inne strony, na których można wygenerować swój horoskop: astro.com oraz astrowin.org.

Chcesz zobaczyć, jak wygląda twój horoskop urodzeniowy? Nic prostszego. Nie musisz znać się na astrologii i niepotrzebny ci żaden program astrologiczny, bo na stronie www.capricorn-astrology-software.com można wygenerować swój horoskop urodzeniowy (lub każdy inny), przy czym autorzy strony oferują do wyboru kilka ciekawych opcji graficznych. Przykład takiego horoskopu zamieszczam obok. Wygenerowanie horoskopu polega na wypełnieniu prostego formularza:
Chart design: (wygląd horoskopu) wybieramy klikając na przykładowy rysunek.
Chart name: (Nazwa) wpisujemy np. swoje imię i nazwisko.
Date and time: (Data i czas) wpisujemy datę i dokładną godzinę np. swoich narodzin (system 24-godzinny).
Locale: (Miejsce) wpisujemy nazwę miejsca (Place name), dla którego chcemy wygenerować horoskop np. miejsce swoich narodzin. Podajemy długość geograficzną (longitude) w stopniach (degrees), minutach (minutes) i sekundach (seconds) i wybieramy kierunek: wschodni (East) lub zachodni (West). Następnie, w podobny sposób podajemy szerokość geograficzną i również wybieramy kierunek: północny (North) lub południowy (South). Wreszcie wybieramy właściwą strefę czasową (dla Polski: Europe/Warsaw). Jeśli nie znamy długości i szerokości geograficznej danego miejsca, możemy skorzystać z atlasu, klikając w link umieszczony poniżej Find place from Atlas (Znajdź miejsce w atlasie). Wystarczy wpisać nazwę miejscowości i kliknąć Query Atlas (Przeszukaj atlas).
W dalszej części formularza znaleźć można:
Astrology options: (Opcje astrologiczne) osoby zajmujące się astrologią mają swoje preferencje co do np. wyboru systemu domów astrologicznych, jednak ta notatka skierowana jest do osób nieznających się na astrologii, dlatego poniżej podaję kilka wskazówek, z których można skorzystać.
Zodiac: (Zodiak) zostawiamy domyślną opcję Tropical (tropikalny).
House system: (System domów) można zostawić domyślny system Placidus albo zmienić na inny - osobiście korzystam z systemu Kocha.
Planet Coordinates: (Współrzędne planet) można zostawić domyślny układ topocentryczny (środek układu współrzędnych na powierzchni Ziemi).
Planet options: (Opcje dotyczące planet) wszystkie domyślnie zaznaczone opcje można zostawić bez zmian. Można też poeksperymentować i odpowiednio zaznaczyć lub odznaczyć poszczególne elementy: Standard Planets (planety standardowe), Show planet (pokaż planetę - zaznaczone planety pojawią się na rysunku horoskopu), Form aspekt (utwórz aspekt - na rysunku pojawią się kolorowe linie łączące zaznaczoną planetę z innymi planetami, z którymi jest związana). Arabic Parts (punkty arabskie), spośród wielu punktów arabskich ten formularz zawiera jeden, najpopularniejszy, czyli Part of Fortune (punkt szczęścia). Inne elementy horoskopu obejmują: Asteroids (Asteroidy), Angles (Kąty, czyli Ascendent, Descendent, Medium Coeli i Immum Coeli) oraz Lunar Nodes (Węzły księżycowe) i Trans Neptunians (Obiekty transneptunowe).

Żeby uniknąć wrażenia chaosu powstającego przy umieszczeniu na rysunku horoskopu zbyt wielu elementów, proponuję Opcje planetarne pozostawić bez zmian - zachowując wszystkie opcje zaznaczone domyślne.
Chart Generation Options: (Opcje wygenerowania horoskopu) wybieramy rozmiar rysunku horoskopu: Extra Small (Bardzo mały), Small (Mały), Standard (Standardowy), Large (Duży).
Teraz wystarczy kliknąć Generate Chart (Wygeneruj horoskop) i gotowe!

Za kulisami "Slumdoga" - astrologicznie

Mogłoby się wydawać, że tegoroczny zdobywca Oscara dla najlepszego filmu – „Slumdog – milioner z ulicy” – jest filmem o charakterystyce jowiszowej, choćby ze względu na wykorzystany w nim temat teleturnieju Milionerzy i związany z nim aspekt „wygranej”. Szybkie wzbogacenie się bez żadnego wysiłku to właśnie domena Jowisza, często utożsamianego z sukcesem osiąganym dzięki hazardowi, w którym niepodzielną rolę odgrywa łut szczęścia. Z kolei szerokie horyzonty i rozległa wiedza – kolejne atrybuty Jowisza – stanowią (a przynajmniej powinny stanowić) punkt wyjścia i podstawę dla wygranej w „Milionerach”. Czy właśnie te cechy zapewniły tytułowemu bohaterowi wygraną? Żeby się o tym przekonać, przyjrzyjmy się kilku elementom formy i treści tego filmu.

Film ma wyraźną strukturę warstwową (szkatułkową): wykorzystanie teleturnieju „Milionerzy” stało się pretekstem do opowiedzenia historii życia głównego bohatera, zaś historia jego życia jest pretekstem do ukazania Bombaju i panującej w nim biedy. Zależność tę można przedstawić graficznie w następujący sposób: (Milionerzy [Historia życia Jamala Malika {Bieda Bombaju} ] )

Kolejny zestaw pozorów i pretekstów znajdujemy także w treści filmu. Jamal nie wygrywa teleturnieju dzięki swej wiedzy i szerokim horyzontom – jego wygrana jest wynikiem trudnych, a często traumatycznych doświadczeń zgromadzonych podczas osiemnastoletniego życia. Już sam powód, dla którego Jamal zgłasza się do teleturnieju nie jest typowo jowiszowy – jemu nie chodzi o pieniądze, o popisanie się swoją wiedzą, ani nawet o dreszczyk emocji i dawkę adrenaliny, ale o odnalezienie ukochanej, która jest entuzjastką „Milionerów”, a z którą rozdzielił go los. Zatem siłą napędową Jamala jest miłość, a nie chęć zdobycia pieniędzy i sławy.

A łut szczęścia? Wbrew pozorom, w tym filmie nie ma miejsca na coś takiego. Kiedy Jamal nie znajduje właściwych odpowiedzi wśród swych doświadczeń, podszeptuje mu je nie kapryśna Pani Fortuna, lecz niewzruszone Przeznaczenie, do którego odwołują się twórcy filmu, już na wstępie zadając nam pytanie: „Tylko jedno pytanie dzieli Jamala Malika od wygrania 20 milionów rupii. Jak tego dokonał? A: Oszukiwał B: Ma szczęście C: Jest geniuszem D: To dzieło przeznaczenia”. Odpowiedź otrzymujemy na końcu opowieści, a po jej obejrzeniu nie powinna nas dziwić: „D: To dzieło przeznaczenia”.

Gdy w życiu braci, Jamala i Salima, nadchodzi „czas zbiorów”, każdy z nich dostaje od losu to, na co zasłużył sobie swoim życiem i swoimi wyborami. W karmicznej sprawiedliwości nie ma miejsca na łaskę.

Wyraźnie widać, że choć z pozoru w omawianym tu filmie dominują cechy Jowisza, nie można nie dostrzec rysu charakterystycznego dla innej planety, określanej przez Donnę Cunningham mianem „współwładcy szczęścia i sukcesu” – Saturna. Zarówno w strukturze, jak i w treści Slumdoga nieustannie przenikają się wpływy i cechy obu planet.

Zgodnie ze swą naturą Saturn nie gra pierwszych skrzypiec i nie wysuwa się na pierwszy plan, pozwalając Jowiszowi puszyć się na scenie i udawać najważniejszego z najważniejszych. Jednak bez saturnowej kontroli, struktury i głębi, jowiszowy dreszcz emocji i ułuda nie wywarłyby na nikim większego wrażenia i nie zapadłyby głęboko w pamięć.

W kontekście tego filmu warto przyjrzeć się cechom przypisywanym w astrologii Jowiszowi i Saturnowi. Niektóre z nich przedstawiam poniżej w postaci słów kluczy, wykorzystanych w powyższym tekście:

Jowisz: nagroda bez wysiłku, hazard, oszustwo, łut szczęścia, szerokie horyzonty, rozległa wiedza, popisywanie się, blichtr, sława, szczęśliwy los/fortuna, łaska, powierzchowność, ułuda.

Saturn: bez pracy nie ma kołaczy, struktura, warstwy, trudne doświadczenia życiowe, trauma, niewzruszone przeznaczenie, karmiczna sprawiedliwość, głębia.

Astrologia i mity

W jednej z wielu znakomitych książek Liz Greene - "Astrology for Lovers" (link do books.google) - znaleźć można fascynujące opisy znaków zodiaku, ukazanych m.in. przez pryzmat mitologii i jungowskiego cienia. Opis każdego ze znaków podzielony jest na sześć części: ogólną charakterystykę znaku, związany z nim mit, jego cień, potencjał w związkach osobistych (miłość) oraz charakterystykę mężczyzn i kobiet spod danego znaku.

Należy zauważyć, że treść książki odnosi się nie tylko do znaku solarnego (czyli znaku, w którym mamy Słońce, a który zwykle określamy jako "mój znak zodiaku"), ale także do znaku, w którym mamy ascendent.

Poniżej zamieszczam przyporządkowanie mitów do poszczególnych znaków zodiaku (wraz z linkami do wikipedii), zachęcając do przestudiowania pod tym kątem swojego znaku solarnego i ascendentalnego.

UWAGA: osoby znające język angielski zachęcam do korzystania z anglojęzycznej wikipedii, w której znaleźć można o wiele bogatsze opisy postaci i scen mitologicznych. Po otwarciu wybranej strony polskiej wikipedii, np. Robin Hood wystarczy kliknąć znajdujący się na tej stronie napis English (w kolumnie po lewej stronie, w ramce "w innych językach"). W efekcie trafiamy na odpowiednią stronę w języku angielskim, np.: Robin Hood.

BARAN

BYK

BLIŹNIĘTA

RAK

LEW

PANNA

WAGA

SKORPION

STRZELEC

KOZIOROŻEC

WODNIK

RYBY

Astrodrama: Księżyc–Słońce–Ascendent

Zwykle szczegółową interpretację horoskopu zaczyna się od Wielkiego Trio, które tworzą Księżyc, Słońce i ascendent. Każdy z tych elementów jest tak samo ważny, warto więc zastanowić się nad każdym z nich z osobna, ale równie ważne jest dostrzeżenie rodzaju i sposobów ich interakcji.

Dramatis Personae

Księżyc - pokazuje cechy nieświadomie przejmowane od matki (lub innego opiekuna) w najwcześniejszym okresie życia, kiedy dziecko nie odróżnia jeszcze siebie od matki. Księżyc w horoskopie opisuje więc nasze poczucie bezpieczeństwa i doświadczanie opieki i obdarzanie nią. Pokazuje, co daje nam poczucie bezpieczeństwa i jak radzimy sobie z opiekuńczością.

Słońce - pokazuje m.in. nasze wewnętrzne poczucie „ja”, to, kim się czujemy, gdy mówimy „w głębi duszy jestem...”. Swojego Słońca zaczynamy doświadczać, kiedy budzi się nasze świadome poczucie siebie, kiedy zaczynamy myśleć o sobie w kategoriach „ja”, a nie w trzeciej osobie (małe dzieci mówią i myślą w ten sposób o sobie i opisują tak swoje działania, np.: schodząc ze schodów mruczą do siebie: „Basia/Adaś telas schodzi po schodach” - robią tak, bo to właśnie słyszą od innych, a nie mają jeszcze świadomego poczucia własnego „ja” ).

Ascendent - zaczynamy rozwijać jeszcze później, kiedy uczymy się interakcji w najbliższym otoczeniu. Jest on na pewno jednym z najistotniejszych elementów horoskopu urodzeniowego, ale raczej nie powiedziałbym, że jest ważniejszy od znaku Słońca (jak twierdzą niektórzy). Cechy wynikające z ascendentu są często (ale nie zawsze) bardziej widoczne na pierwszy rzut oka niż wszelkie inne (opisane przez pozostałe elementy w horoskopie). Wynika to stąd, że ascendent opisuje nasz sposób kontaktowania się ze światem zewnętrznym, to, co uważamy, że powinniśmy pokazywać innym. To taka nasza maska ochronna, dzięki której świat zewnętrzny nas nie rani na każdym kroku. To także pryzmat, przez który postrzegamy świat i innych ludzi i przez który inni postrzegają nas (jakbyśmy znajdowali się w domu o np. pomarańczowych szybach - cały świat wydaje nam się pomarańczowy, ale też i gdy ktoś zajrzy do wnętrza naszego domku - wszystko zobaczy w pomarańczowych barwach. Źródłem ascendentalnych przekonań i zachowań jest wychowanie: cechy opisywane przez ascendent to te, które wpajane nam są i/lub które nabywamy w dzieciństwie na drodze kontaktów z najbliższym otoczeniem. Przedstawia też te zachowania, które mają nam pomóc w osiągnięciu swoich celów - to wszystko czerpiemy z doświadczeń dziecięcych. Donna Cunningham (Astrologiczny przewodnik ku samoświadomości) pisze, że ascendent to nasza „rola”, jaką odgrywamy w rodzinie (a później przenosimy ją w życie dorosłe).

Z pewnością więc ascendent wyraźnie zabarwia wszystkie inne nasze cechy i zachowania, ale jest to często tylko pewna "bezpieczna" powierzchowność. Przy kontaktach bardziej osobistych, intymnych, zdejmujemy tę maskę, otwieramy pomarańczowe okna i pozwalamy swoim bliskim zajrzeć do swego prawdziwego wnętrza (które może okazać się przyjemniejsze, niż wskazywały zachowania ascendentalne - np. dość sztywny Koziorożec lub skryty Skorpion na ascendencie, a Słońce, Księżyc czy Wenus w swawolnym Lwie, czy ciepłym Byku - albo wręcz przeciwnie - np. swawolny, dziecięcy, rozrywkowy i przemiły Lew na ascendencie, a "w środku" drobiazgowa Panna, uszczypliwy Skorpion, albo wojowniczy Baran. Na przykład w programach typu reality-show na początku wszyscy uczestnicy usiłują pokazać się od najlepszej strony i właśnie bardzo wyraźnie „świecą” swoim ascendentem, udaje im się to przez pewien czas, a potem „wychodzi szydło z worka”, czyli cała reszta horoskopu.

W skrócie: Księżyc pokazuje to, co czujemy, Słońce to, czym jesteśmy, a ascendent to, jak dopasowujemy się do społeczności.

Trio w akcji

W książce How to Read Your Astrological Chart. Aspects of the Cosmic Puzzle Donna Cunningham przestrzega przed uproszczeniem interpretacyjnym polegającym na zrównaniu znaczenia znaków Słońca, Księżyca i Ascendentu. Kusząco proste wydaje się stwierdzenie, że człowiek ze Słońcem w Pannie, Księżycem w Wadze i Ascendentem w Strzelcu jest w 1/3 Panną, w 1/3 Wagą i w 1/3 Strzelcem. Jednak poprzestanie na wyrecytowaniu cech charakterystycznych dla każdego z tych znaków niewiele daje. Pokusa takiego uproszczenia jest tym większa, że różne osoby mające swoje Słońce, Księżyc czy Ascendent w określonym znaku Zodiaku, zachowują się tak samo. Tak Słońce w Pannie, jak Księżyc w Pannie i Ascendent w Pannie mogą w równym stopniu się przepracowywać i cierpieć na choroby psychosomatyczne, jednak tym, co je od siebie różni są ich motywacje. Zatem człowiek ze Słońcem w Pannie przepracowuje się, bo własną wartość mierzy produktywnością i doprowadzaniem swoich działań do perfekcji. Ktoś z Księżycem w Pannie przepracowuje się, bo dobrze wykonana praca zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa, a co więcej, kiedy jest zajęty, nie mają do niego dostępu niechciane uczucia i emocje. Z kolei osoba z ascendentem w Pannie przepracowuje się, bo w dzieciństwie otrzymała/przyjęła rolę służącej: pracowitego, skromnego, nieskarżącego się i niezasługującego na nic więcej Kopciuszka.

Warto prześledzić pod kątem motywacji wpływy tych trzech elementów w swoim horoskopie, a następnie sprawdzić, w jaki sposób wzajemnie na siebie oddziałują. Czy Księżyc dobrze czuje się, kiedy Słońce realizuje swoje potrzeby? Czy Ascendent pozwala w pełni wyrażać na zewnątrz to, co czuje Księżyc i to, czym jest Słońce? Które cząstki naszej osobowości przeszkadzają sobie nawzajem, a które się wspierają i dlaczego tak się dzieje?

Żeby zrozumieć te wzajemne zależności warto wykorzystać technikę astrodramy. Donna proponuje postawić swoje lunarno-solarno-ascendentalne trio w jakiejś określonej sytuacji życiowej i pozwolić, by Księżyc, Słońce i ascendent przemówiły w swoim imieniu. Przykładem takiej sytuacji jest rozmowa o pracę. Udaje się na nią osoba o wykształceniu przekraczającym wymagania na stanowisko, o które zamierza się ubiegać, ale bardzo tej pracy potrzebująca. Słońce ma w Wodniku, Księżyc w Raku, a ascendent w Koziorożcu.

Wodnikowe ego straszliwie burzy się przeciwko zaniżaniu własnej wartości i ukrywaniu prawdziwych możliwości intelektualnych, żeby dostać pracę, którą pogardza, szczególnie, że przyszły szef na Einsteina nie wygląda. Przerażony Księżyc w Raku knebluje mu niewyparzoną buzię, tłumacząc nerwowo, że nie czas na dumę i popisy intelektualne, kiedy jest się na skraju bankructwa, nie ma kasy na czynsz i tylko patrzeć, kiedy dach nad głową trzeba będzie zamienić na jakiś most. Słońce w Wodniku nie wydaje się specjalnie przekonane, bo uważa, że lepiej zamieszkać pod mostem, niż wyrzec się tego, kim się jest, ale wtedy do akcji wkracza ascendent w Koziorożcu, który zręcznym ruchem zaciąga za sobą szczelną kurtynę, ukrywając za nią kłócącą się zawzięcie parę, a sam wkracza na scenę i prezentuje swemu przyszłemu pracodawcy wzór pracownika, emanując kompetencją, rzeczowością, odpowiedzialnością i, nade wszystko, stoickim spokojem. Księżyc w Raku jest uszczęśliwiony, że ascendentalny Koziorożec zostaje zatrudniony, a nowy pracodawca nie posiada się ze zdumienia, gdy nazajutrz, zamiast Koziorożca, w pracy zjawia się Słońce w Wodniku, spóźnione w ramach protestu przeciwko deptaniu jego godności oraz żeby podkreślić swą wolność i niezależność.

Socjopatyczna Malkontentka i Baran solarny

Mam serdecznego przyjaciela - jest Baranem. Wszyscy znajomi mówią, że to niemożliwe. Ale właśnie tak jest. A co to znaczy Baran solarny. Uprzejmie proszę o odpowiedź, bo ja nigdy horoskopów, żadnych, a jak się znalazł fachowiec to zapytam o wszystko. Masz pecha...
Socjopatyczna Malkontentka, 10 stycznia 2007, @ 10:18 pm

Zaczęło się jako komentarz-odpowiedź na komentarz-pytanie Socjopatycznej Malkontentki, a w rezulatcie powstał nowy wpis. I to ma być pech? Dzięki za socjopatyczny wkład i malkontencką inspirację!

Na początek krótka odpowiedź na Twoje pytanie: Baran solarny to tylko precyzyjniejsze określenie potocznej nazwy osoby urodzonej „pod znakiem Barana”.

Teraz uściślenie: prawdziwy horoskop nie ma nic wspólnego z tym, co pod tą nazwą znaleźć można w popularnej prasie, np. w Dzienniku... Horoskop to przedstawiony najczęściej w formie koła układ ciał niebieskich i różnych punktów w chwili i miejscu zaistnienia jakiegoś zdarzenia, np. czyichś narodzin (ten rodzaj horoskopu to tzw. radix). Przykład można obejrzeć tutaj: radix Agathy Christie.

Horoskop zawiera wiele wzajemnie powiązanych ze sobą elementów, m.in. ciała niebieskie, znaki Zodiaku, tzw. domy astrologiczne, ascendent, descendent, Medium Coeli, Immum Coeli - a wszystko to połączone tzw. aspektami, czyli określonymi odległościami kątowymi. Każdy z nas ma w swoim horoskopie wszystkie te elementy, tyle że inaczej poukladane i inaczej powiązane ze sobą. Czyli można uznać, że zbudowani jesteśmy z tych samych klocków, ale każdy z nas stanowi zupełnie inną i niepowtarzalną konstrukcję. A nawet jeśli są to konstrukcje bardzo do siebie podobne (jak choćby w przypadku niektórych bliźniąt), to każdy ma wolną wolę i może nimi rozporządzać według swej woli. Innymi słowy, horoskop to mapa potencjałów, a to, co każdy z nas z tymi potencjałami zrobi, to już inna sprawa. Każdy ma jakieś możliwości rozwoju, a czy z nich skorzysta i jak, to już kwestia indywidualnego wyboru (oraz sytuacji społeczno-polityczno-historyczno-obyczajowo-ijakiejtamjeszczektochce).

Ciała niebieskie, w astrologii nazywane dla uproszczenia planetami, łącznie ze Słońcem i Księżycem, symbolizują cząstki naszej osobowości (np. Słońce to m.in. wewnętrzne poczucie Ja, poczucie własnej wartości, Księżyc - potrzeba bezpieczeństwa i przynależności, emocjonalność, opiekuńczość, podświadomość, postać matki, to co się z nią wiąże i co wynika z relacji dziecka z matką szczególnie we wczesnym, nieświadomym, okresie życia) i tak dalej.

Każda planeta znajduje się w jakimś znaku Zodiaku (nie mylić z gwiazdozbiorami o takich samych nazwach). Znaków Zodiaku jest 12 i każdy z nich w określony sposób „zabarwia” znajdujące się w nim planety (cząstki osobowości). Czyli np. Słońce w Baranie wskazuje m.in. na znaczącą potrzebę niezalezności, bo dzięki niej taka osoba odczuwa swą wartość jako jednostki. Słońce w Raku odczuwa to już zupełnie inaczej - m.in. poprzez przynależność do większej grupy, rodziny, choć nie zawsze realizuje tę potrzebę w sposób dosłowny.

Każda planeta w horoskopie, będąc w jakimś znaku Zodiaku, przebywa równocześnie w jednym z domów astrologicznych, których też jest 12. Każdy dom wskazuje na sferę życia, w której dana planeta/cząstka osobowości się realizuje, a przynajmniej w której człowiek pragnie ją realizować. Jeśli więc Słońce w Baranie znajduje się w czyimś horoskopie urodzeniowym np. w domu VII (opisującym m.in. relacje partnerskie), to żeby nawiązać pełniejszy kontakt z własnym Ja, ważne jest angażowanie się w relacje z innymi ludźmi, łączenie partnerstwa z własną niezależnością i odkrywanie siebie poprzez te związki, np. na zasadzie lustra, „przeglądając się” w innych.

Dodatkowo planety znajdujące się w znakach Zodiaku i domach astrologicznych powiązane są ze sobą różnymi aspektami, które symbolizują kontakt pomiędzy poszczególnymi cząstkami osobowości. Niektóre z tych aspektów wskazują na dynamiczny charakter tych powiązań i wtedy człowiek odczuwa przymus wewnętrzny do nieustannej aktywności w określonych sferach (domy), w określony sposób (znaki Zodiaku). Często takie „wewnętrzne ścieranie się” np. sprzecznych potrzeb jest źródłem dyskomfortu psychicznego i emocjonalnego, który - w wersji optymistycznej - staje się motywacją do konstruktywnego połączenia i wykorzystania obu energii. W wersji pesymistycznej - te tarcia stają się wymówką i usprawiedliwieniem dla własnych niepowodzeń albo przyczyną samooskarżania się.

Inne aspekty mają charakter harmonijny i w wersji optymistycznej realizowane są przez człowieka w postaci korzystania z tych talentów, np. po to, by uczynić z nich fundament, pozwalający zająć się konstruktywnym wykorzystaniem motywacji płynących z aspektów dynamicznych. W wersji pesymistycznej, aspekty harmonijne realizowane są w postaci lenistwa, bo po co się wysilać, skoro wszystko się samo robi... (Pesymizm w tym ujęciu wynika ze zmniejszonego prawdopodobieństwa samorozwoju, a nie ze skłonności masochistycznych...)

No i wreszcie, wykonawszy taki oto łuk, wracam do początku tego wpisu oraz do Twojego pytania o Barana solarnego i faktu, że nikt nie może uwierzyć, iż Twój przyjaciel jest spod znaku Barana. Co więc to wszystko oznacza? Otóż to, że urodzić się pod znakiem Barana = być Baranem solarnym = mieć w swoim horoskopie urodzeniowym Słońce w znaku Barana. Tego, gdzie znajdują się w jego horoskopie wszystkie inne planety i ważne punkty oraz czy i jak są ze sobą powiązane, nie wiadomo. Należałoby prześledzić cały horoskop urodzeniowy i porozmawiać z nim na ten temat, żeby stwierdzić, co się w nim "kotłuje" oraz jak/dlaczego się to (nie) realizuje.

Osobnym przypadkiem jest sytuacja, w której jakaś planeta tworzy w horoskopie koniunkcję (to jeden z najważniejszych i najsilniejszych aspektów) albo inny ścisły aspekt ze Słońcem, w ten sposób zabarwiając swoją energią poczucie własnego Ja. Jeśli więc Słońce w Baranie jest w koniunkcji np. z Wenus, to dla pełniejszego kontaktu i pełniejszej realizacji swego Ja, człowiek obok niezależności potrzebuje m.in. harmonii. Często takie zabarwienie energią innej planety jest silniejsze, niż zabarwienie energią znaku Zodiaku, a to wystarczy, by znajomi nie mogli uwierzyć, że ktoś jest spod znaku Barana, bo bardziej przypomina im Wagę lub Byka.

W postrzeganiu nas przez innych (a do pewnego stopnia także przez siebie samych) znaczną rolę odgrywa też ascendent (tzn. określony punkt w znaku wschodzącym, przy czym znak wschodzący to ten znak Zodiaku, który wschodził w momencie urodzenia danej osoby). Ascendent można opisać jako nasz własny obraz, który ukazujemy światu zewnętrznemu. Obraz ten tworzy się w dzieciństwie i w znacznej mierze jest wynikiem wychowania (w każdym razie jest reakcją na warunki zewnętrzne z jakimi styka się dziecko i z którymi musi sobie jakoś radzić). Te zachowania i motywacje przenoszone są następnie w życie dorosłe. Dobrze, jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z ich istnienia, w przeciwnym razie mogą się wytworzyć sztywne ramy mechanicznych zachowań i reakcji, w których dana osoba sie porusza.

W większości naszych relacji posługujemy się właśnie swoim obrazem ascendentalnym, który stanowi „bezpieczne ubranie” dla naszego prawdziwego Ja (reszty horoskopu). Naturalne jest, że taką warstwę ochronną posiadamy i naturalne, że czasem ten ascendent służy nam dobrze, a czasem nas uwiera (szczególnie, jeśli nie wspiera rozwoju naszego potencjału). Oczywiście, w relacjach bardziej osobistych (przyjaźnie) i intymnych (związki uczuciowe) zrzucamy maskę ascendentu (a czasem również ubranie) i pokazujemy, kim naprawdę jesteśmy (i liczymy na to, że dany delikwent nie ucieknie z krzykiem).

Czasami ludzie wpadają też w tzw. "pułapkę ascendentu" (tak nazywa to Donna Cunningham) i bardziej identyfikują się ze swoim ascendentem, niż z innymi cząstkami siebie. Takie kurczowe trzymanie się swojego ascendentu nie jest zbyt zdrowe, bo zamyka, a przynajmniej ogranicza, dostęp do własnego wnętrza.

Christie for Christmas

Agatha Christie kojarzy się wszystkim głównie z licznymi i niezwykle popularnymi kryminałami, które napisała. I słusznie, bo to one uczyniły ją sławną. Ale jej twórczość – choć tak istotna – to tylko część tajemnicy jej sukcesu i efekt tego, jaką była osobą. Tworzymy, wykorzystując materiał, z którego sami się składamy: naszą osobowość, myśli, uczucia, obserwacje, odkrycia. Christie była osobą bardzo ciekawą. Skłonność do autoanalizy i zdolność obserwacji otaczającego ją świata oraz umiejętność „wyłuskiwania” z życia określonych typów osobowości i dostrzegania kierujących ludźmi motywów, często głęboko skrywanych, uczyniły z niej znakomitego psychologa.

Z jednej strony, treść jej książek przesiąknięta jest – poza misternymi intrygami i frapującymi zagadkami – niezwykle trafnymi, a często zaskakującymi, obserwacjami psychologicznymi oraz szczegółami i szczególikami społeczno-obyczajowymi, które tworzą w jej książkach zupełnie niepowtarzalną atmosferę Anglii (i nie tylko) na przestrzeni niemal całego dwudziestego wieku. Z drugiej strony naturalny dialog, tak charakterystyczna dla niej forma przekazu, pozwalał na wyrażanie całej gamy uczuć, motywów i wszelkich treści w sposób bezpośredni i bez odgrywania roli wszechwiedzącego autora, tłumaczącego czytelnikowi, dlaczego bohater postępuje tak, a nie inaczej.

Spójność psychologiczna postaci w jej książkach sprawia, że nabierają one wiarygodności, mimo, że często nakreślone są tylko jakby od niechcenia, raczej naszkicowane, niż namalowane pełną paletą barw. Tych „kilka kresek” wystarczy jej, by stworzyć wizerunek osobowości stanowiącej spójną i wyrazistą całość, będącą jednocześnie określonym typem, którego manifestacje i wariacje możemy dostrzegać następnie w rzeczywistości, w otaczających nas ludziach. Pod pewnym względem, bohaterowie Agathy Christie mają w sobie coś archetypowego.

Sama Agatha była osobą skrytą, wolała pracować i żyć poza światłem jupiterów, rzadko i niechętnie odsłaniając szczegóły swego życia prywatnego. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie zapobiec ani zabronić pisania o niej i o jej życiu, więc żeby przynajmniej częściowo uniknąć wypisywania bzdur na swój temat, napisała autobiografię – zdecydowanie najwspanialsze dzieło swego życia. W niej zawarła cząstkę prawdziwej siebie, zgodnie z tym, co napisała w przedmowie: Nigdy nie poznamy całego człowieka, jakkolwiek niekiedy w okamgnieniu poznajemy prawdziwego człowieka.

Zgodnie z jej przewidywaniami, a wbrew pragnieniu, wielokrotnie i na różne sposoby próbowano uchylić rąbka prywatności jej życia, nigdy jednak nie zdołano zrobić tego lepiej, niż ona sama – we wspomnieniach z wypraw archeologicznych z drugim mężem do Syrii Opowiedzcie jak tam żyjecie, w powieści psychologiczno-obyczajowej wydanej pod pseudonimem Mary Westmacott Niedokończony portret i oczywiście w Autobiografii. Nigdy też nikomu nie udało się zgłębić wszystkich jej tajemnic, bo jeśli Agatha Christie postanowiła nie zdradzić tego czy innego sekretu, konsekwentnie i niewzruszenie milczała.

Jej horoskop (obliczony na 15 września 1890 roku, godz. 4:00 GMT, Torquay, Anglia) zdaje się potwierdzać niezwykłość osoby swej właścicielki, ale nawet on nie zdradza wszystkich jej tajemnic. Poniżej przyjrzymy się kilku wątkom jej urodzeniowego horoskopu, których potwierdzenie znaleźć można w tym, co pisała i mówiła o sobie i swoim życiu sama Agatha Christie.

Dzieciństwo spędziła w Torquay, w hrabstwie Devon, będąc córką Amerykanina i o dziesięć lat od niego młodszej Angielki. Dla Agathy, jej matka, Clara Miller, była postacią niezwykle ważną. W horoskopie na matkę wskazuje Księżyc, opisując nie tyle jej rzeczywistą postać, co raczej jej obraz w oczach właściciela horoskopu. Księżyc w horoskopie Agathy Christie położony jest w Wadze, na przełomie domów pierwszego i drugiego (w zależności od przyjętego systemu), w luźnej koniunkcji ze Słońcem w Pannie (ponad 10 stopni, różne znaki), w trygonie z Jowiszem w Wodniku (w obrębie 1 stopnia) i w trygonie z koniunkcją Neptuna i Plutona w Bliźniętach (5-6 stopni; jednostopniowa koniunkcja Neptun Pluton). Clara Miller, jako dziecko, została wysłana do zamożnej ciotki mieszkającej w Ameryce, która mogła zapewnić jej odpowiednie wykształcenie i wszystko to, co mogą dać pieniądze. Straciła jednak coś znacznie cenniejszego: możliwość dorastania z własną matką i braćmi. Rozpaczliwie tęskniła za domem i czuła się dzieckiem niechcianym i niekochanym.

W Ameryce Clara poznała i poślubiła Frederica Millera, o dziesięć lat starszego od siebie pasierba swojej ciotki, z którym później zamieszkała w Anglii. Małżeństwo to Agatha opisuje jako niezwykle szczęśliwe i w pełni udane, choć jednocześnie jej rodzice różnili się od siebie całkowicie. Według Tracy Marks ludzie, w horoskopach których występuje koniunkcja Słońca i Księżyca „doświadczają swej matki i ojca jako niepodzielnej jedności”. Mimo, że w horoskopie Agathy Christie koniunkcja Słońca i Księżyca jest bardzo luźna, światła te znajdują się w różnych znakach, a w dodatku jest to aspekt separacyjny, powyższa interpretacja wydaje się jak najbardziej słuszna.

Pierwszodomowa pozycja Księżyca w horoskopie Agathy podkreśla ważną rolę, jaką matka odegrała w jej życiu, w budowaniu poczucia własnego Ja. Postrzegała ją jako osobę „zagadkową i frapującą – o osobowości silniejszej niż ojca i poglądach nader oryginalnych”. Clara cieszyła się wielkim autorytetem, „a każdego jej słowa słuchano zawsze z uwagą. Mogłaby być wprost znakomitą wychowawczynią. Cokolwiek ci mówiła stawało się natychmiast ważne i doniosłe”. Na matkę o takim autorytecie, wyczuwanym przez całe życie nie tylko przez bliskich, ale też przez uwielbiającą ją służbę, a nawet osoby zupełnie obce, wskazuje trygon Księżyca z Plutonem, podkreślający jednocześnie symbiotyczny charakter związku Agathy z matką. Janet Morgan pisze w biografii Agathy Christie, że brak poczucia bezpieczeństwa, którego doświadczyła w dzieciństwie Clara po latach uczyniło ją wyjątkowo zaborczą matką, co z kolei „wzmogło oddanie Agathy, które z biegiem czasu stało się wręcz obsesyjne”. Inną manifestacją charakterystyczną dla połączenia Księżyc-Pluton jest matka-uzdrowicielka, której „dotyk miał jakąś magnetyczną, uzdrawiającą moc. W pokonywaniu choroby nikt jej nie dorównał. Potrafiła przekazać swoje siły witalne”.

W ciekawy sposób manifestował się też trygon Księżyca z Neptunem, planetą uduchowienia, natchnienia, empatii, telepatii i jasnowidzenia. Clara obdarzona była „silną i twórczą wyobraźnią. Nigdy nie widziała szarzyzny lub zwyczajności rzeczy. Miewała też osobliwe przebłyski intuicji – wiedziała nagle, o czym myślą inni ludzie”. Zdolności te zadziwiały bliskich Clary, a siostra Agathy, Madge, powiedziała kiedyś: „Jeśli nie chcę, żeby mama o czymś wiedziała, to nawet o tym nie myślę, gdy ona jest w pokoju”. W sposób typowy dla neptunicznej osobowości postrzegała świat zawsze w żywszych kolorach, niż w rzeczywistości, a ludzi jako lepszych czy gorszych, niż na to zasługiwali.

Ta inklinacja do odbiegania od rzeczywistości, wzmocniona była jeszcze przez właściwości trygonu Księżyca z Jowiszem w Wodniku, wskazującego na zamiłowanie matki Agathy do eksperymentów zarówno na polu edukowania swoich córek, jak i własnej religijności. Jako wielka entuzjastka kształcenia dziewcząt, Clara wysłała starszą córkę do szkoły z internatem, co wówczas było z jej strony oznaką nowoczesności, zaś ze strony jej męża – tolerancji, miłości i zaufania do żony. Nieco później, „w sposób dla siebie charakterystyczny zmieniła poglądy na zgoła przeciwstawne”, stwierdzając, że dzieciom przed ósmym rokiem życia nie powinno się pozwalać czytać. Tak miało być „zdrowiej dla oczu, a także dla mózgu”. Na szczęście Agatha niechcący przechytrzyła matkę.

Drugą sferą eksperymentów Clary była religia. „Miała, jak myślę, wrodzone skłonności do mistycyzmu, modlenia się i kontemplacji” pisała Agatha o matce, która po zainteresowaniu katolicyzmem, unitarianizmem, teozofią oraz zaratusztrianizmem, ku uldze swego męża, wróciła na łono Kościoła anglikańskiego.

Księżyc w horoskopie Agathy symbolizuje nie tylko jej matkę. Ukazuje również pragnienie poczucia bezpieczeństwa, które zapewnić ma harmonia, spokój i związek partnerski, bez zaangażowania się w który pełne zaspokojenie emocjonalne jest niemożliwe. Budowanie harmonijnego otoczenia, którego celem jest uspokajanie i podnoszenie na duchu, przejawiało się u małej Agathy w połączeniu z neptuniczną fantazją w postaci rodziny Kociąt, jej niewidzialnych przyjaciół i towarzyszy zabaw. Również w życiu dorosłym Agatha wysoko ceniła wartość małżeństwa i bezpieczeństwa, jakie mogło jej zapewnić.

Tracy Marks pisze o takiej pozycji Księżyca w horoskopie: „Obawiamy się w jakikolwiek sposób naruszyć stałość związku, wówczas bowiem musielibyśmy przyjąć do wiadomości, że w gruncie rzeczy jesteśmy odrębnymi, samotnymi istotami. Takie wzorce postępowania mogły zostać nam wpojone przez rodzica, który (...) wzbudził w nas przekonanie, że związek zawsze oznacza podporządkowanie się komuś”. Taką interpretację ilustrują słowa Clary, która powiedziała kiedyś córce: „Mąż musi być na pierwszym miejscu, nawet przed dziećmi, brat na jeszcze dalszym. Pamiętaj, jeśli nie jesteś przy swoim mężu, jeśli zostawiasz go samego, to go utracisz. A dotyczy to szczególnie takich mężczyzn, jak Archie (...). Z mężczyznami nigdy nie wiadomo (...). Żona musi być ze swoim mężem, bo jeśli jej nie ma, on sobie myśli, że ma prawo o niej zapomnieć”. Agatha zgadzała się z matką, choć uznała, że były to słowa „w prawdziwie wiktoriańskim duchu”. Z perspektywy astrologicznej, była to natomiast kwintesencja lęków trapiących osobę z Księżycem w Wadze.

Agatha dwukrotnie była mężatką, a zdradę i rozwód z pierwszym mężem, Archibaldem Christie, przeżyła niezwykle głęboko, przypłacając je depresją i załamaniem nerwowym. Do dzisiaj nie rozwiązano zagadki jej tajemniczego zniknięcia na jedenaście dni, najwyraźniej miało ono jednak ścisły związek z jej ówczesnym stanem psychicznym i emocjonalnym, wynikającym (obok śmierci matki) z nieoczekiwanego rozpadu jej małżeństwa. Kiedy Agatha dowiedziała się o zdradzie męża, długo nie chciała uwierzyć, że właśnie kończy się jej małżeństwo: „Najzwyczajniej w świecie nie potrafiłam uwierzyć. Sądziłam, że to przejściowa historia. Nigdy dotąd nie miałam ani cienia podejrzeń. Żyliśmy szczęśliwie i w harmonii. (...) Wytrwałam przez rok, licząc, że Archiemu się odmieni. Na próżno. Tak się zakończyło moje pierwsze małżeństwo”.

Według Tracy Marks, Księżyc w Wadze wskazuje również na satysfakcję płynącą z posługiwania się umysłem, wykorzystywania „umiejętności obiektywnego oglądu i syntezy. W dostrojeniu się do konstruktywnych wpływów naszego Księżyca w Wadze mógł nam pomóc rodzic, który wysoko nas cenił, lubił sprawiać nam przyjemność, zachęcał do rozwoju estetycznego i intelektualnego, a także chciał i potrafił docenić nasz punkt widzenia”. W przypadku Agathy, oboje rodziców wysoko ceniło wszelkie jej umiejętności i zachęcało ją do ich rozwijania. To właśnie jej matka, po szczęśliwej porażce swej eksperymentalnej metody edukacyjnej, sprowokowała ją do podjęcia pierwszych prób pisarskich, rozwiewając wątpliwości Agathy, czy aby umie napisać opowiadanie i twierdząc, że obie jej córki potrafią zrobić wszystko, co tylko zechcą. Z kolei ojciec Agathy, symbolizowany w jej horoskopie przez Słońce w Pannie, zachęcał ją do rozwijania logicznego myślenia i umiejętności arytmetycznych. Nauczył ją liczyć, a następnie wręczył jej książeczkę zatytułowaną „Problemy”, którą mała Agatha uwielbiała, choć, jak pisała „matce wydawało się dziwne, że lubię rachunki, bo jej nigdy, jak chętnie przyznawała, niepotrzebne były żadne cyfry i miała tak wielkie trudności w prowadzeniu domowych rozliczeń, że przejął je ojciec”. Oto kolejny przykład tego, jak rodzice Agathy, choć zupełnie od siebie różni, stworzyli szczęśliwy i harmonijny związek, który w horoskopie pisarki symbolizuje koniunkcja Słońca i Księżyca.

Wężownik, precesja i inne młoty na astrologię

Był sobie pewien polski naukowiec, który postanowił kiedyś obalić tezy astrologii – kiedy jeszcze nie miał o niej bladego pojęcia. Ale jako prawdziwy naukowiec nie rzucił się z motyką na Słońce – żeby coś skrytykować, trzeba wiedzieć, co się krytykuje. Zaczął więc studiować astrologię, kreślić horoskopy itd. Wiecie o kim mowa? To dr Leszek Weres, obecnie uważany przez wielu za wybitnego astrologa polskiego, znany i uznany również w świecie...

Podobne zapędy do krytykowania, wyśmiewania i ostatecznego obalenia astrologii opanowują dość często jej zagorzałych przeciwników, samozwańczych obrońców zdrowego rozsądku bądź dowolnie pojętej, ale zawsze jedynie słusznej, wiary. Niestety, zew inkwizytorski rzadko idzie w parze z wiedzą lub chęcią poznania, jak w powyższym przypadku. Najczęściej zapałowi z jakim katują wstrętną nierządnicę babilońską ustępuje jedynie ich zdumiewająco beztroska nieznajomość bezlitośnie katowanej ofiary. Coś tam kiedyś usłyszeli, coś gdzieś wyczytali, coś też sami wymyślili, a potem sklecili to i owo, pi razy drzwi, piąte przez dziesiątą wodę po kisielu i już są wytrawnymi znawcami i zbawcami, którzy zauważą, wskażą, udowodnią wszystkim, wszem i wobec, po raz pierwszy, ale raz na zawsze i na wieki wieków, amen.

Jest kilka dyżurnych tematów podejmowanych ochoczo przez coraz to nowych pionierów myślenia zdroworozsądkowego, przekonanych, że dotąd nikt nigdy żadnego z tychże tematów nie podjął ani nawet nie zauważył. Na tapecie pojawiają się więc na zmianę Afera Wężownika, Precesjagate, Sprawa Bliźniacza i inne niezawodne młoty na astrologię.

Zwykle nie reaguję na próby wciągnięcia mnie w przekomarzanki na temat tego, kto wie lepiej i ma rację, bo po pierwsze, zbyt często szumne określenie „dyskusja” skrywa mniej szumne próby narzucenia mi jakiegoś jedynie słusznego światopoglądu, a po drugie, mnie samemu jakoś wcale nie zależy na przekonaniu kogoś do moich poglądów. Wyrazić je mogę, jeśli są chętni do słuchania, ale na „bronienie” ich przed gradem przeróżnych argumentów, najczęściej służących do wykręcania kota ogonem, szkoda mi czasu.

Jednak jakiś czas temu na forum portalu Psychotronika wziąłem udział w rozmowie na temat astrologii, mimo, że szczególnie na jej początku dominował zaczepny ton. Wkrótce jednak okazało się, że rozmawiam z osobą, która o astrologii wie niewiele, ale braki w wiedzy stara się uzupełniać lekturą i rozmową, a nie własną wyobraźnią i uprzedzeniami. Chwała mu za to, bez względu na wynik jego poszukiwań. Tak czy owak, efekty tej dyskusji postanowiłem zebrać, nieco przeredagować i zamieścić na blogu.

Wężownik jest trzynastym gwiazdozbiorem, w ogóle nie branym pod uwagę przez astrologów. (...) Dlaczego Zodiak astrologiczny nie pokrywa się z astronomicznym?

Wężownik jest gwiazdozbiorem zodiakalnym, a astrologia nie zajmuje się gwiazdozbiorami lecz znakami Zodiaku. Jest to różnica zasadnicza, bo choć gwiazdozbiory zodiakalne można zobaczyć na niebie (jest ich 13), to znaków Zodiaku zobaczyć się nie da, bo są one tworem sztucznym. Ekliptyka została podzielona na 12 równych odcinków, z których każdy liczy sobie 30 stopni. Tym odcinkom ekliptyki nadano takie same nazwy jak 12 gwiazdozbiorom - i jest to jedyne, co je łączy. Choćby więc „odkryto” jeszcze i ze 20 dodatkowych gwiazdozbiorów, nie będzie to miało najmniejszego wpływu na astrologię, która ma się dobrze od bardzo dawna i jakoś nikomu nie udało się dotąd jej obalić.

Szczegółowe wyjaśnienie tego, a także wielu innych nieporozumień wynikających z nieznajomości podstawowych zasad rządzących astrologią, a także nazewnictwa astrologicznego i astronomicznego, znaleźć można na przebogatej stronie Marii Sobolewskiej. Znaleźć tam można też wypowiedzi m.in. astronomów oraz ludzi, którzy się na astrologii znają bądź wydaje im się, że wszystko o niej wiedzą, kiedy nawet nie znają jej podstawowych zasad i pojęć... Polecam.

Tutaj link do szczegółowego wyjaśnienia kwestii Wężownika (wyjaśnia nie tylko pani Sobolewska, ale również pan Grzegorz Kopacki, astronom z Uniwersytetu Wrocławskiego):

Podałem namiary na tę stronę, bo zawiera ona mnóstwo ciekawych polemik z twierdzeniami osób (często ze środowisk naukowych), które rażą astrologię ogniem swoich argumentów nie bacząc na fakt, że strzelają nie w ten cel, na który się zawzięli... O to właśnie mi chodziło, kiedy pisałem, że żeby coś krytykować, trzeba wiedzieć, o czym mowa - a także słuchać/czytać, co mają do powiedzenia osoby, które się na rzeczy znają, bo się nią zajmują. Oczywiście, nie wszyscy zajmujący się astrologią są wielkimi znawcami astrologii, ja też się za takiego nie uważam, ale tu z kolei należałoby nadmienić, że astrologia i astrolodzy mają się do siebie tak jak np. medycyna i lekarze (przykład zależności pierwszy z brzegu, nie należy wyciągać wniosku, że porównuję astrologię z medycyną, a astrologów z lekarzami) i nie należy oceniać dziedziny po działalności osób, które się nią zajmują (czasem/często z wątpliwym skutkiem).

Słyszeliście coś o precesji? (...) Zasady astrologii nie zmieniły się od 2000 lat, a oś Ziemi tak.

O ile się nie mylę, o precesji też można co nieco znaleźć na stronie pani Sobolewskiej, a także o wielu innych sprawach/wątpliwościach/nieporozumieniach związanych z astrologią. Uprzedzając (być może niepotrzebnie) zarzut reklamowania swoich znajomych, informuję, że stronę tę „reklamuję” tutaj całkowicie bezinteresownie, jedynie w imię ciekawych i ważnych, jak sądzę, treści, które zawiera. Nie znam pani Sobolewskiej osobiście, a jedynie z jej strony internetowej i z forum astrologicznego Anahelli, gdzie spotykają się pasjonaci astrologii i zawodowcy.

Nie jest prawdą, że astrologia nie zmieniła się od tysięcy lat. Jest to dziedzina wiedzy bardzo dynamiczna, wbrew temu, co może się wydawać. Właściwie to, czym teraz zajmują się astrolodzy ma niewiele wspólnego z tym, czym zajmowali się 2000 lat temu (i nie tylko). Dla zainteresowanych dodam, że zmiana zaszła w głównej mierze w podejściu do celu działań i interpretacji astrologicznych, choć nie tylko. „Ojcem” współczesnej astrologii nazywanej humanistyczną, jest Dane Rudhyar, który przewartościował w znaczącym stopniu wiele astrologicznych twierdzeń i nadał im zupełnie nowy sens. W centrum zainteresowania znalazł się człowiek i jego wielopoziomowy rozwój osobisty i społeczny, a nie jak to miało miejsce wcześniej „los/fatum”. Życie człowieka, w świetle astrologii, podlega wielu złożonym cyklom, których zrozumienie pozwala na łatwiejsze ich realizowanie tak, by stały się dla każdego z nas pomocą w samorozwoju, a nie kłodami rzucanymi nam pod nogi przez „fatum”.

Mam rozumieć, że znak Zodiaku wpływa na nas, nie gwiazdy jako takie? To nie układ gwiazd na niebie w czasie naszych narodzin wpływa na nasze losy, czy jednak tak?

Astrologia nie zajmuje się wydarzeniami, ale raczej potencjałami ludzkimi, energiami cykli i wynikającymi stąd tendencjami. Ten sam potencjał (opisany np. przez identyczną czy podobną pozycję planety w znaku i domu, co zdarza się dość często) każda z osób może zrealizować w inny sposób, choć „trzon energetyczny” tych manifestacji w życiu będzie ten sam - np. Księżyc w Wodniku w domu 4. Wynika to stąd, że wg astrologii humanistycznej, los człowieka nie jest zapisany w jego horoskopie - człowiek ma bowiem wolną wolę i może wykorzystać swój potencjał według swej woli, w warunkach, w jakich przyszedł na świat i w jakich żyje.

Określenie "los zapisany w gwiazdach" jest tylko pewnego rodzaju uproszczeniem, choćby z tego względu, że - o czym już wspomniałem w poprzednim poście - astrologia w zasadzie gwiazdami (ani gwiazdozbiorami) się nie zajmuje. Jedynym wyjątkiem jest tu Słońce. Kiedyś posługiwano się tez tzw. "gwiazdami stałymi", ale obecnie astrolodzy prawie nigdy się nimi się zajmują, a jeśli już, to na zasadzie ciekawostek, bo nic do prawdziwej interpretacji horoskopu nie wnoszą.

Dane Rudhyar w książce „Domy astrologiczne. Wgląd w sferę doświadczeń ludzkich” pisze:

Domy astrologiczne są archetypowymi kategoriami doświadczeń indywidualnych. Jest ich 12, tak jak kategorii doświadczeń. Jeśli rozwijamy się, to przechodzimy z domu do domu. Cykl rozwojowy umieszczony w czasie trwa 28 lat, następny w 56 roku życia i trzeci, jeśli człowiek dożyje, w 84 roku życia. Każdy na wyższym poziomie. Ciekawe jest to, że człowiek z astrologicznego punktu widzenia rodzi się, gdy nabiera pierwszego oddechu. Są to pierwsze narodziny wiążące go z układem gwiazd, jaki panuje właśnie w tej chwili.

Więc jak, Zodiak, czy układ gwiazd?

Zajrzałem do „Domów...” Rudhyara, bo wspomniany cytat wydał mi się znajomy, ale niestety, pobieżne przekartkowanie książki nie wystarczyło, a nie mam czasu, żeby zagłębić się w nią ponownie (choć stwierdzam, że wkrótce to zrobię, bo po niedawnej lekturze jego bardzo inspirującej „Mandali Symboli” i „Symboli Sabiańskich” czuję głód dalszej inspiracji Rudhyarowskiej).

Tyle, że - ponieważ nie wstawiłeś cudzysłowia, nie jestem pewien, gdzie kończy się Rudhyar, a gdzie zaczyna Twój komentarz. Wnioskuję nieśmiało, że komentarz zaczynasz od pytania „Zodiak czy układ gwiazd?” Jeśli tak, to odpowiedź brzmi „Zodiak”, bo coś mi się zdaje, że w astrologii najczęściej określenie „układ gwiazd” jest jednak mocno umowne i oznacza „układ planet”, a właściwie „układ ciał niebieskich”. Podobna umowna nieścisłość dotyczy też określenia „planety”, do których zaliczane są także Słońce i Księżyc, choć żadne z tych ciał niebieskich planetą nie jest. To tylko uproszczenie w nazewnictwie - wydaje mi się, że ma więcej wspólnego z naturalną właściwością języka (ekonomia języka, dążenie do uproszczeń) niż z przekonaniem czy niewiedzą astrologów dotyczącą rozróżnienia między planetami, gwiazdami czy satelitami... Zgadzam się jednak, że wynikają stąd nieporozumienia - czasem fundamentalne, w rodzaju: co w końcu jest podstawą wnioskowania astrologicznego?

Trudność z astrologią jako wiedzą polega na tym, że astrologia dryfuje pomiędzy magią a nauką. Z jednej strony koncepcja spójności między światem a człowiekiem (struktura psychologiczna) zdaje się być spójna i wewnętrznie niesprzeczna, z drugiej, praktyka astrologiczna, a więc próba wyjaśnienia tego, w jaki sposób ten model działa, jest nierozstrzygnięta. Astrologia wydaje się być sama w sobie sprzeczna. Z jednej strony opiera się na racjonalnych przesłankach i konstrukcji kompletnego modelu wszechświata, z drugiej odwołuje się do jakichś sił, których nie można obiektywnie sprawdzić. Być może one istnieją, być może nie.

Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że astrologia dryfuje między magią a nauką, choć z pewnością są osoby, które namiętnie próbują astrologię unaukowić. Magią (przynajmniej pojętą jako wpływanie na świat zewnętrzny bez udziału widzialnych i zrozumiałych związków przyczynowo-skutkowych - to taka moja definicja magii, spreparowana na szybko, jak ktoś się nie zgadza, to nie zamierzam jej bronić) także nie jest. Przynajmniej nie bardziej niż psychologia czy medycyna.

Rudhyar napisał też w „Domach...” rzecz bardzo istotną:

Astrologia przystosowuje się do mentalności i oczekiwań emocjonalnych osoby, która interesuje się nią jako praktykujący lub jako klient - podobnie dzieje się z psychologią czy nawet medycyną. Dostaje się to, co się daje. Odpowiedź jest taka, jak pytanie. Wiedza jaka się zdobywa zależy od tego, co chce się wiedzieć, o ile nie jest przez to całkowicie zdeterminowana. W wielu przypadkach zależy ona też od własnych potrzeb (str. 32).

Dla mnie jest to kwestia bardzo istotna, bo bardziej od tzw. obiektywnych wartości czy to astrologii, czy czegokolwiek innego (wspomnianej wyżej psychologii i medycyny, a nawet filmu, literatury czy innych gałęzi sztuki) cenię sobie indywidualny wpływ, jaki na mnie te dziedziny aktywności wywierają - krótko mówiąc: wynikającą z nich inspirację cenię sobie często wyżej niż wartości „obiektywne”.

W tym sensie astrologia bliższa jest sztuce niż czemukolwiek innemu, w rzeczywistości stanowi jednak, przynajmniej tak jak ja ją rozumiem, połączenie sztuki i wiedzy.

Dla mnie nie jest to sprzeczność, ale raczej komplementarność: elastyczność i wielopoziomowość (interpretacji) wyrastająca ze ścisłości (obliczeń pozycji ciał niebieskich).

Z pewnością też astrologia nie jest i nigdy nie była systemem jednolitym - choćby wielość punktów odniesienia, o których była tu już mowa (tzw. zodiak syderyczny, czyli właśnie gwiazdowy, oraz tropikalny), a także różne systemy domów, nie wspominając już o przeróżnych kwestiach w rodzaju gwiazd stałych, punktów arabskich, małych aspektów, czy symboliki poszczególnych stopni koła zodiakalnego. Wszystko to sprawia, że astrolog musi sam testować techniki astrologiczne, dobierać je i dostosowywać do własnych potrzeb. Nie widzę w tym nic złego, przeciwnie - każdy może znaleźć swoją własną astrościeżkę prowadzącą do swego wnętrza.

Nie ukrywam, że astrologią, Tarotem, Symbolami Sabiańskimi itp. zajmuję się właśnie dlatego, że mnie inspirują do rozwoju i dostrzegam w nich pewien porządek, który - po przyrównaniu go do swego życia i rozwoju - pozwala mi lepiej rozumieć cykle, których jestem częścią.

Dlatego też znacznie mniej interesują mnie procesy, dzięki którym to wszystko „działa”. Wydaje mi się, że Stephen Arroyo (amerykański psycholog i astrolog), którego wiedzę i doświadczenie bardzo sobie cenię, opisał swój sposób rozumienia działania astrologii - bodajże w "Astrologii i psychologii" wydanej w Polsce przez Ravi. W razie czego mogę poszukać - przedstawił to w postaci prostego wykresu, z którego, o ile dobrze pamiętam, wynika, że uważa on, iż ciała niebieskie wywierają na nas wpływ fizyczny.

Mnie bardziej odpowiada wyjaśnienie spoza kategorii przyczynowo-skutkowych, bliższe kategoriom powiązania znaczeniowego (z pominięciem zależności przyczyna-skutek), a zatem bliższe jungowskiej teorii synchroniczności i cech chwili. Tej teorii też nie zamierzam specjalnie bronić i wcale nie uważam jej za ostateczną.

Moje podejście do astrologii, jak widać, jest raczej oparte na osobistym doświadczeniu. Dla mnie jest skuteczna, bo inspiruje i wiele wyjaśnia. Układ horoskopowy niczego przy tym nie determinuje - to tylko rozkład potencjałów energetycznych. A właściwie - to AŻ rozkład potencjałów energetycznych...

W starożytności dla ówczesnych astrologów widoczne były Słońce, Księżyc, Merkury, Mars, Wenus, Jowisz i Saturn. I stawiano horoskopy. Świat poszedł do przodu. Astrologia „dowiedziała” się o Uranie, Neptunie, Plutonie, precesji (i o paru innych rzeczach). I stawiano horoskopy. (...) Na przełomie wieków powstały różne rodzaje (odłamy) astrologii, namnożono tysiące pojęć astrologicznych. I stawiano horoskopy. (...) Astrologia zmienia się i dojrzewa wraz z ludzkością. To, co kiedyś było „dogmatem” dzisiaj nie istnieje (lub ma małe znaczenie).

Z większością tego, co tu napisałeś, mogę się spokojnie zgodzić - tzn. z faktami – i nie przeszkadza mi to w żaden sposób w korzystaniu z tego, co astrologia ma do zaoferowania.

W jednym z poprzednich postów pisałeś, że „zasady astrologii nie zmieniły się od 2000 lat”. Na zarzut ten odpisałem w poprzednim poście - że jest to nieprawda. Teraz piszesz, że od czasów starożytnych „astrologia dowiedziała się o Uranie, Neptunie, Plutonie, precesji (i o paru innych rzeczach)” oraz, że „powstały różne rodzaje (odłamy), namnożono tysiące pojęć astrologicznych”, bo „Świat poszedł do przodu”. I to stwierdzenie, sprzeczne z poprzednim, podajesz również w formie zarzutu. Czyli nie rozwija się - źle, rozwija się - też źle.

Uważam, że astrologia rozwija się tak samo jak każdy inny rodzaj wiedzy i działalności człowieka - wraz z nim - dostarczając mu potrzebnych w danym miejscu i czasie odpowiednich bodźców do rozwoju.

Piszesz: „W starożytności dla ówczesnych astrologów widoczne były Słońce, Księżyc, Merkury, Mars, Wenus, Jowisz i Saturn. I stawiano horoskopy. Świat poszedł do przodu. Astrologia „dowiedziała” się o Uranie, Neptunie, Plutonie, precesji (i o paru innych rzeczach). I stawiała horoskopy”.

Zgadza się, ale przecież nikt nie twierdzi, że astrologia była czy jest systemem skończonym i doskonałym. Świat i człowiek się zmienia, pojawiają się nowe potrzeby, nowe zjawiska, nowe wynalazki, nowe style życia. Ludzie odchodzą od pewnych przekonań, zmienia się nasz paradygmat, czasem wraca się do czegoś, co już było, czasem się to weryfikuje, zmienia i dostosowuje do aktualnych warunków i potrzeb. Inne rzeczy odchodzą do lamusa - przynajmniej na jakiś czas, albo w określonej formie. Tak jest z techniką, sztuką, nauką, medycyną, a nawet modą. Astrologia nie jest tu żadnym wyjątkiem.

Od czasów starożytnych pojawiło się jednak trochę nowości w życiu na Ziemi, nic więc dziwnego, że i w astrologii pojawiły się nowe elementy, które te zmiany odwzorowują.

Również niejednolitość astrologii kojarzy mi się raczej pozytywnie: istnieją różne systemy astrologiczne - astrologia harmoniczna, uraniczna, że nie wspomnę już o astrologii chińskiej. Człowiek w różny sposób próbuje uchwycić sedno swego istnienia, a w dużej mierze uzależnia to od swego miejsca, czasu i postrzegania. Medycynę też podzielić można na wschodnią i zachodnią, homeopatyczną i alopatyczną itd. Astrologia dzieli się też na różne działy tematyczne (natalna, synastryczna, prognostyczna, mundalna czy nawet horarna). Podobnie jak medycyna i inne dziedziny.

Ja tam się cieszę, że medycyna, technika, nauka, sztuka i astrologia się rozwijają. W zamierzchłej przeszłości stawiano nie tylko horoskopy, ale tez i diagnozy, a także pisano różne teksty i oglądano ruchome obrazki w fotoplastikonie. Ludziom to musiało wystarczyć, dopóki świat nie poszedł do przodu. Jeśli mam wybierać, to wolę oglądać telewizję kolorową niż czarno-białą, nagrywać na DVD niż na wideo, pisać przy pomocy klawiatury a nie gęsiego pióra i leczyć zęby w nowoczesnym gabinecie dentystycznym a nie u cyrulika.

Ale też i nie umniejszałbym znaczenia tego co było, tylko dlatego, że było niedoskonałe. Był to konieczny etap na drodze do lepszych rozwiązań. Zresztą wcale nie chcę powiedzieć, że wydaje mi się, iż ludzkość już osiągnęła doskonałość, bo daleko nam do tego, jeśli w ogóle można uznać to za możliwe... Stąd też uważam, że ani medycyna, ani technika, ani nauka, ani astrologia nie osiągnęły swoich szczytów, pod wieloma względami są nadal niedoskonałe, zawodzą i wymagają nieustannej uwagi i dalszego rozwoju. Tak jak człowiek, któremu mają służyć.

Przeglądając strony w Internecie można odnieść wrażenie, że przeciwników astrologii (sceptyków) jest zdecydowanie więcej, niż zwolenników. Astrolodzy dwoją się i troją, aby przekonać ich, że istnieje nie tylko to, co da się „dotknąć”, że istnieje coś więcej.

Co do przekonywania o wartości/bezwartościowości astrologii, to wydaje mi się, że problem nie dotyczy astrologii samej w sobie, ale człowieka i jego nieświadomej potrzeby zrównania wszystkich do swojego poziomu, bez względu na to, czy oznacza to „ciągnięcie” w górę czy w dół. Coś w rodzaju uszczęśliwiania innych na siłę. Mam wrażenie, że część ludzi stawia sobie za punkt honoru, żeby przekonać innych do swojego sposobu postrzegania świata. „Jeśli ja uważam, że astrologia działa, to wszyscy tak powinni uważać” wyrasta z tego samego co „Jeśli ja uważam, że astrologia nie działa, to wszyscy tak powinni uważać”. Albo: „Jeśli mnie się nie podoba kubizm, to wszyscy powinni wrzucić obrazy Picasso do zsypu, a jeśli mi się podoba, to niech wszyscy lecą na aukcje i kupują”. De gustibus non est disputandum i moim zdaniem ta zasada odnosi się do wszelkich sytuacji, w których ktoś chce na siłę przekonać kogoś do swoich racji, nie tylko gustów. Powiedzieć, co się uważa, wysłuchać przeciwnego zdania i porównać ze swoim, a także na tej podstawie wprowadzić korekty do swoich przekonań - to jedno, dodam, że, jak dla mnie, chwalebne, bo kojarzy mi się z otwartością, która jest zaproszeniem do rozwoju. Stwierdzić, że ja tak myślę i nie zmienię swojego zdania, bo tak i koniec - to coś zupełnie innego i mnie się akurat nie widzi, bo kojarzy mi się z ograniczeniem do własnego pojmowania, a stąd z odrzuceniem możliwości rozwoju.

Jeśli zatem jakiś astrolog/lekarz/krytyk literacki czy muzyczny dwoi się i troi, żeby przekonać kogoś do czegokolwiek, wmawiając mu, że jest to spojrzenie jedynie słuszne, to ja dziękuję, ale nie skorzystam z takiego gotowca. Jakoś wolę sam się przekonać, choć pod uwagę daną opinię wziąć mogę - a na pewno przyjąć ją do wiadomości.

Nie jest i nigdy nie była moim celem próba przekonania kogoś o wartości astrologii jako takiej. Przyjmuję do wiadomości, że część osób (może nawet większość, czemu nie - w końcu moim pozytywnym osobistym doświadczeniom z astrologią nic nie może zaprzeczyć, one są dla mnie faktem, choć dla innych niekoniecznie) nie jest zainteresowana astrologią, a nawet jeśli jest, to uważa, że ta wiedza jest bezużyteczna. I chętnie wierzę, że tak jest naprawdę, wcale nie posądzam nikogo o jakieś ograniczenie z tego powodu. Po prostu kogoś bardziej inspiruje astrologia, a kogo innego biologia molekularna albo sztuka. I tyle.

Namnożyło się tysiące pojęć astrologicznych, których poza samymi astrologami nikt nie rozumie, po to, aby ta „wiedza” wydawała się tajemnicza, a każda tajemnica przyciąga.

Język astrologiczny ma takie samo prawo bytu jak każdy inny język fachowy - prawnicy używają żargonu prawniczego, naukowcy naukowego, a astrolodzy astrologicznego. Problem pojawia się wtedy, gdy prawnik stosuje ten żargon mówiąc do swego klienta, albo astrolog do swojego, zamiast „przełożyć” go na język zrozumiały dla laika. Ale nie jest to winą nauk prawniczych ani astrologii, lecz osób, które się nimi zajmują.

[Astrologia] zmienia się, żeby podnieść swój „status”, bo to, co kiedyś wystarczyło, dziś już nie wystarczy, więc należy zmienić podejście.

W medycynie i w technice też dostrzegamy dość dużo zmian w stosunku do przeszłości (zmienia się też i rozwija język, który ma je jak najprecyzyjniej opisywać), bo i tu, podobnie jak piszesz nt. astrologii „to, co kiedyś wystarczyło, dziś już nie wystarczy”, ale czy naprawdę powodem tej ewolucji jest podniesienie "statusu" medycyny i techniki...?

Tak jak napisałem, oczywiście że są osoby, które próbują wykorzystywać astrologię do swoich celów - nie mających za wiele wspólnego ani z etyką, ani z dobrem klienta. Donna Cunningham nawet dokonała zabawnej klasyfikacji takich osób. Epatują tajemnicą, mamią i oszukują. Ale nawet jeśli sami nazywają się astrologami, czy jest to powód, by oceniać na podstawie ich działań astrologię jako taką? Jeśli ktoś nazwie się lekarzem i zacznie "leczyć" pacjentów po swojemu, po to, by zyskać ich uwagę/uznanie/pieniądze, to czy obwinić należy medycynę? Oczywiście, edukacja medyczna ma znacznie lepszą strukturę niż astrologiczna, więc astrologami może się mienić znacznie więcej szarlatanów niż lekarzami czy prawnikami. Ale to też nie jest wina samej astrologii.

Napisałem, że astrologia się zmienia, a nie zasady astrologii. Dlatego nie uważam, żeby to była sprzeczność. Jeśli się mylę, oświeć mnie proszę, jakie zasady się zmieniły.

Co do zasad astrologii, to chyba nie oczekujesz, że oświadczę, iż Słońce nagle zaczęło mieć zupełnie inne znaczenie niż kiedyś, albo że kwadratury i opozycje zamieniły się znaczeniami z trygonami? Cóż, one nadal znaczą, co znaczyły, ale podejście do nich (a co za tym idzie, interpretacja) się zmieniło. Zmieniło się jednak nie dlatego i nie po to, żeby astrologia zyskała sobie wyższy status, ale że zmieniło się wiele w ludzkim postrzeganiu świata (cały czas mówię/piszę wyłącznie o astrologii zachodniej, o chińskiej nic nie wiem i nie interesuje mnie, choć nie podważam jej wartości). Słońce nadal znaczy w horoskopie kobiety to, co znaczyło kiedyś, tyle, że ponieważ kiedyś mówiło się, że Słońce w horoskopie kobiety oznacza jej męża, a obecnie mówi się, że jest to symbol jej własnej siły wewnętrznej, poczucia wartości i najgłębszego poczucia własnego Ja. Obecnie nie muszą projektować swojego Ja na swego męża ani ojca, ale Słońce nadal oznacza to, co oznaczało kiedyś, poszerzyła się tylko interpretacja tego znaczenia (co nie znaczy, że nikt już nie projektuje swoich potencjałów na innych, nie jest to już jednak taka regułą jak kiedyś; właściwie chyba w większym stopniu sprawdza się jeszcze stara zasada, że Księżyc w horoskopie mężczyzny oznacza jego żonę).

Kiedyś zadowalano się też stwierdzeniem, że kwadratury są „złe” a trygony „dobre” - nadal kwadratura oznacza (w skrócie) ścieranie się pewnych energii, a trygon swobodny ich przepływ, ale już się ich nie wartościuje, bo okazało się (również w życiu), że nie jest to już takie proste. Kwadratury oznaczają często wewnętrzne rozdarcie (i nie tylko), ale w rezultacie często przynoszą człowiekowi motywacje do działania (dlatego w horoskopach znanych osób, które osiągnęły w życiu sukces, kwadratur jest zwykle dość dużo). Z kolei same trygony skłaniać mogą do lenistwa, bo skoro wszystko samo w życiu płynie, to po co się wysilać? Czy przy takim podejściu można dalej oceniać te aspekty astrologiczne jako złe lub dobre? A jednak nie zmieniło się ich podstawowe znaczenie - tylko poszerzyła się interpretacja, wraz z ludzkim poznaniem.

To, co opowiadają moi znajomi „astrolodzy” delikatnie mówiąc mnie śmieszy. Na przykład, jeśli coś źle idzie: „no tak, jesteś Koziorożcem, w jakimś tam ascendencie, Księżyc to, Jowisz tamto, nie mogło się udać” (oczywiście bardzo upraszczam). Pytam, „Skąd to wiesz?” „Z twojego horoskopu”.

Traktowanie astrologii/horoskopu jako wymówki nie jest właściwe, bo nie prowadzi do niczego konstruktywnego. Takie podejście mija się z celem astrologii, więc słusznie śmieszą Cię stwierdzenia, o których piszesz. Horoskop może wiele rzeczy wyjaśniać, ale nigdy niczego nie usprawiedliwia, przeciwnie, może wskazywać sposoby rozwiązywania problemów poprzez potencjał zawarty w nich samych - chodzi o przekształcenie destrukcyjnych manifestacji swoich energii w konstruktywne. Jest to możliwe dzięki temu, że w swoim horoskopie możemy odkrywać przyczyny leżące u podłoża naszych problemów. Stąd już tylko o krok od ich rozwiązania. Donna Cunningham napisała, że horoskop to nasz pulpit sterowniczy, ale to każdy z nas jest swoim własnym pilotem.

Mam pewnie za mało danych, albo patrzę na świat za bardzo materialnie (...) (pewnie wszystko naraz), żeby autorytatywnie stwierdzić, że to bzdury. Ale z tych samych powodów nie mogę stwierdzić, że astrologia to prawda.

Takie podejście w zestawieniu z tym, że czytasz o astrologii w książkach/Internecie, wydaje mi się postawą naukową: „Może astrologia działa, a może nie działa, ale zamiast zakładać cokolwiek z góry, albo przyjmować czyjeś opinie, wolę sam dowiedzieć się czegoś na ten temat”. I to mi się podoba. Niezależnie od tego, do jakich wniosków dojdziesz.

Uran, kryzys i świadomość

W „Astrologicznym przewodniku ku samoświadomości” Donna Cunningham napisała, że fizyczne cechy oraz dzieje danej planety odzwierciedlają przypisywane im znaczenie astrologiczne. To spostrzeżenie sprawiło, że odtąd wszelkie informacje, jakie docierają do mnie na tematy astronomiczne, niemal automatycznie odnoszę do astrologii. Rezultaty są bardzo inspirujące. Przykładem niech będzie Uran, władca Wodnika. Jest to planeta oznaczająca w astrologii pierwiastek odmienności i indywidualizmu, połączonego z buntem przeciwko normom, w których człowiekowi przyszło żyć. Jak pisze Cunningham:

Być może ludzie uraniczni nie zaczynają od buntu, ale od odmienności. Jak ich ustawiony bokiem planetarny władca, tak i ich spojrzenie na życie, idee, pragnienia i zachowanie nie pasują do ustalonego schematu. Kiedy zatem ich nieprzystosowanie wywołuje ucisk i ostracyzm społeczny, zachowanie nabiera tonu buntu i tak też zostaje uwiecznione. Radykalizacja może stanowić po części samoobronę, gdy osoby tego typu występować muszą o swe prawo do odmienności, a częściowo wyraz złości na społeczeństwo, próbujące wymusić na nich dopasowanie się do formy, pozbawionej rysu indywidualności.

I rzeczywiście, jakości te daje się łatwo zauważyć w cechach fizycznych Urana, który nie tylko obraca się w kierunku przeciwnym, niż pozostałe planety Układu Słonecznego, ale jeszcze jego oś obrotu nachylona jest do płaszczyzny orbity po kątem około 90 stopni. Czyli mało, że „sam w sobie” jest inny, niż pozostałe planety, to jeszcze wśród tych innych planet porusza się zupełnie inaczej, niż nakazuje „obowiązująca reguła”. Również człowiek, w którego horoskopie silnie zaznaczone są wpływy Urana (bądź Wodnika) może być opisany podobnie.

Choć niektórzy silniej od innych odczuwają swoją tożsamość jako „uraniczną”, odmienną, to jednak wszyscy mamy w swoich horoskopach wpływy tej planety, więc potęga tych energii może pojawić się w życiu praktycznie każdego. Odczuwalne i widoczne stają się one choćby podczas tranzytów Urana przez planety osobiste, a szczególnie Słońce, które jest przecież naszym Wewnętrznym Ja, poczuciem siebie i własnej wartości, jako jednostki. Kiedy zaczyna „mieszać się” w to Uran, zaczyna zachodzić w nas gwałtowna transformacja. Zaczynamy nie tyle „zmieniać się” (choć tak może być to postrzegane z zewnątrz), co raczej „przekształcać się”, w większym stopniu stawać się sobą, a przy tym domagać się od innych uznania naszego prawa do odrębności i tego, kim jesteśmy i kim się czujemy.

Niedawno na kanale Discovery natknąłem się na fragment programu astronomicznego, który poświęcony był właśnie Uranowi. Okazuje się, że istnieje hipoteza, powstała na podstawie informacji dostarczonych przez sondę Voyager 2, według której, w okresie kiedy tworzył się Układ Słoneczny, Uran zderzył się z planetozymalem (jest to bryła pierwotnej materii), w wyniku czego jego struktura uległa dosłownie rozbiciu. Można powiedzieć, że rozleciał się na kawałki. Jednak silne przyciąganie jądra planety sprawiło, że Uran uległ ponownemu scaleniu. Pozostałością po tym zdarzeniu są otaczające go odtąd, słabo widoczne pierścienie. Oprócz zmiany struktury, Uran doświadczył też wtedy zmiany swej orbity.

Jakie znaczenie może mieć to zdarzenie dla symboliki Urana w astrologii? Być może jest ono dla nas wskazówką, pozwalającą nam lepiej zrozumieć naturę transformacji uranicznej. Co dzieje się z nami, kiedy „uderza” w nas coś potężnego, co sprawia, że nasze dotychczasowe struktury nie są w stanie wytrzymać nacisku? Czasem to „zderzenie” ma charakter dosłowny, jak np. wypadek, czasem zaś przybiera ono postać bardziej metaforyczną, jak np. rozwód czy utrata pracy, jednak zawsze skutki wewnętrzne są dla nas takie same. Pod wpływem kryzysu rozpadamy się, jak Uran. Czasem może wydawać nam się, że to już koniec, że coś lub ktoś nas pokonał i że już nigdy się nie pozbieramy. A jednak na przykładzie Urana widzimy, że jest to możliwe – ta planeta zdołała „pozbierać się” i to dosłownie. Czynnikiem, który to umożliwił, było jądro planety, symbolicznie będące tą najgłębszą, najgęstszą i niepodzielną cząstką nas samych: czystą esencją Ja, którą można określić jako Świadomość.

Być może, paradoksalnie, podczas kryzysu, w jego drugiej fazie, świadomość zyskuje większą przestrzeń i dystans do struktury, której jest częścią. Możemy wtedy wyraźniej odczuć, czym lub kim jesteśmy w swej istocie, a co jest lub było „dodatkiem” do niej, składającym się z różnych uwarunkowań społeczno-kulturowych, a także osobistych oczekiwań, potrzeb, nawyków, nadziei, lęków i złudzeń. Świadomość jawi się tu zatem jako jedyna prawdziwa i niezmienna siła wewnętrzna, zdolna zjednoczyć i utrzymać w całości nasze istnienie. Czy bez niej ponowne scalenie po okresie kryzysu byłoby możliwe? Oczywiście, po tego rodzaju rekonstrukcji nic nie jest już takie, jak wcześniej, mimo, że wciąż składa się z tych samych elementów. Mówiąc bardziej obrazowo, to te same klocki, ale inaczej poukładane. Kryzys daje nam zatem szansę na stanie się bardziej świadomym własnej indywidualności i prawa do korzystania z niej.

Co ciekawe, pozostałością po wspomnianej kolizji Urana są jego pierścienie, które symbolicznie mogą kojarzyć się z wyznaczeniem pewnych granic, które człowiek tworzy po okresie kryzysu. Granice te wyznaczają nasz osobisty obszar, wkroczenie w który oznacza naruszenie naszej indywidualności przez świat zewnętrzny. To nasza świadoma strefa ochronna, która w przyszłości może pomóc nam rozpoznać zawczasu zbliżające się do nas jakieś „obce ciało” i zminimalizować jego niszczycielską moc, a kto wie, może także lepiej i bardziej świadome wykorzystać jego moc twórczą. W kryzysie, jak w chińskim słowie, które go oznacza, odnaleźć można zarówno „problem”, jak i „sposobność”.

Nie są to jedyne ciekawostki astronomiczno-astrologiczne, związane z Uranem i energiami symbolizowanymi przez niego w horoskopie i życiu człowieka. Nie tylko ze względów wymienionych powyżej można uznawać Urana za indywidualistę Układu Słonecznego. Nawet nazwany został (po wielu wahaniach) imieniem boga z mitologii greckiej, w przeciwieństwie do pozostałych planet, noszących imiona bogów panteonu rzymskiego. A jednak, jak podaje Wikipedia, kiedy w 1986 roku naukowcy ujrzeli przesłane przez Voyagera zdjęcia Urana – który okazał się być jednorodną, błękitną kulą – uznali, że jest to „planeta nudna i niezmienna”. Zdaje się, że Uranowi nadal towarzyszy niezrozumienie, a wręcz niedostrzeganie jego odmienności...


© Copyright by Ryszard Oślizło 2005-2014