Integra

Odkrycie pierwsze
czyli jak zacząłem sprzątać swoje podwórko

Wbrew temu, co zwykle się pamięta, a może tylko powtarza młodszemu pokoleniu, życie w młodości wcale nie jest takie znowu różowe. Mając zaledwie przeczucie tego, kim się jest i kim może się być, naiwnie wierzymy, że wiemy o sobie już wszystko i że jedyne, co wymaga korekty, to cały otaczający nas świat. Ochoczo ruszamy więc na jego podbój, przystrojeni w nieprzepuszczalny pancerz swych jedynie słusznych racji. Niestety, wredny świat pozostaje niewzruszenie i irytująco odporny na wszelkie ataki, co jeszcze bardziej potęguje naszą frustrację i sprawia, że tym wścieklej rzucamy się do walki z wiatrakami. W tym błędnym kole możemy kręcić się do upadłego, jeśli nie zrozumiemy, że poprawianie i sprzątanie świata trzeba zacząć od własnego podwórka. Bo czy bałaganiarz jest w stanie uporządkować choćby jedną szufladę...?

Na szczęście świat nie jest aż taki wredny, jaki w młodości może nam się wydawać i kiedy człowiek jest gotów, zawsze zjawia się jakiś życiowy nauczyciel. Kiedy więc moje problemy wewnętrzne osiągnęły apogeum, zrozumiałem w końcu, że nie jestem w stanie poradzić sobie z nimi korzystając ze znanych mi metod, głównie opierających się, niestety, na spychaniu ich do podświadomości lub zaprzeczaniu ich istnieniu. Wtedy właśnie wpadła mi w ręce książka Louise L. Hay, "Możesz uzdrowić swoje życie". Jej lektura okazała się dla mnie bardzo irytująca, bo jasno i klarownie uświadamiała mi, jak fałszywy i ograniczony był sposób postrzegania świata i samego siebie, któremu dotąd hołdowałem. Moją agresję wywoływała przede wszystkim głoszona przez Louise L. Hay łatwość życia opartego na odpowiedzialności za swoje myśli. Życie wcale nie wydawało mi się wówczas ani łatwe ani przyjemne, ale ponieważ wszelkie znane mi sposoby radzenia sobie z samym sobą zawiodły, ta książka była moją ostatnią deską ratunku. Nie byłem w stanie pomóc sobie sam, więc zacisnąwszy zęby, niechętnie postanowiłem zaufać Louise. Nie miałem do stracenia nic poza dotychczasowym sposobem myślenia i istnienia, które przecież i tak okazały się bezwartościowe. Szczerze chciałem zmienić swoje życie, ale mimo licznych i zupełnie prostych wskazówek jak to zrobić, zawartych w książce Louise, przez jakiś czas nie byłem w stanie zmusić się do działania. Nie potrafiłem nawet wybrać dla siebie jednej z gotowych afirmacji, a co dopiero ułożyć własną albo wykonać ćwiczenie z lustrem!

Wewnętrzny opór przed wprowadzaniem w moim życiu jakichkolwiek zmian w mniejszym stopniu dotyczył jednak zmian zewnętrznych, co w rezultacie przyniosło niezwykle dobroczynne skutki. Trochę za radą Louise, a trochę żeby odsunąć od siebie konieczność podjęcia pracy wewnętrznej, pewnego dnia wziąłem się za sprzątanie swojego pokoju. Zacząłem od jednej szuflady, a kiedy usunąłem z niej wszystkie niepotrzebne rzeczy, okazała się... pusta. To odkrycie było dla mnie szokiem, bo uświadomiło mi, że reszta szafek i schowków w moim pokoju może wyglądać tak samo. Zajrzałem do kilku z nich i wkrótce dotarła do mnie przykra prawda - mieszkałem w samym środku gigantycznego śmietnika. Na parę godzin zapomniałem o swoich problemach i o książce Louise L. Hay, ważne były tylko porządki. Kiedy sprzątanie uznałem za zakończone, cała wolna przestrzeń mojego maleńkiego pokoiku zapchana była kilkoma gigantycznymi workami pełnymi śmieci. Wyrzuciłem je i z zadowoleniem stwierdziłem, że czuję się lepiej i lżej.

Kiedy wkrótce potem przypomniałem sobie, że właściwie miałem zajmować się uzdrawianiem swojego życia, pomyślałem sarkastycznie: No, w każdym razie coś posprzątałem. Szkoda tylko, że życia nie mogę sobie tak posprzątać jak pokoju. Nie zdawałem sobie sprawy, że taki proces jest możliwy i że właśnie go rozpocząłem. Nie miałem pojęcia o istnieniu Feng Shui, a jednak intuicyjnie wykorzystałem tę właśnie sztukę, która poprzez natychmiastową namacalność rezultatów mojego działania, stała się najprostszym i najlepszym początkiem wszelkich pozytywnych zmian w moim życiu. Nie byłem w stanie uporządkować swoich myśli, więc uporządkowałem szafki i szuflady, co zgodnie z zasadą Feng Shui sprawiło, że za jednym zamachem pozbyłem się "śmieci" zalegających mój pokój i umysł. Po pewnym czasie stwierdziłem ze zdziwieniem, że mimo tych wielkich porządków, nadal tonę w śmieciach! Po raz drugi zacząłem więc przeglądać zawartość wszelkich schowków i odkryłem, że przyczyną tego stanu rzeczy są nie tyle nowe graty i szpargały, co raczej te, których nie wyrzuciłem podczas pierwszego sprzątania. Wydawało mi się, że "to może mi się jeszcze przydać", a "tamto dostałem/ mam od zawsze/ jest w zbyt dobrym stanie", itd. Wyrzuciłem część z tych rzeczy, by przy najbliższej okazji znowu stwierdzić, że śmieci wcale tak wiele nie ubyło. Kompletnie zapomniałem o szafie pełnej okropnych, nigdy nie używanych ubrań i o półkach zaleganych przez nieczytane książki.

Dzisiaj wiem, że proces sprzątania mojego pokoju dokładnie odzwierciedlał stopniowe oczyszczanie mojego życia i umysłu, wtedy jednak ciągle dziwiłem się, że w trakcie porządków zapominałem o posprzątaniu tego czy owego. Oczyszczenie swej przestrzeni życiowej, czy będzie to pokój, mieszkanie, mały domek, czy ogromna willa, zawsze stanowi doskonałe przygotowanie gruntu pod wszelkie inne zmiany we własnym życiu.

Kilka lat później wpadła mi w ręce inna książka: "Jak pozbyć się bałaganu ze swojego życia" napisana przez Karen Kingston. Czytając ją, ze zdumieniem odkrywałem, jak wiele spostrzeżeń tej znakomitej specjalistki od Feng Shui jest zbieżnych z moimi. Być może, gdybym przeczytał tę książkę wcześniej, mógłbym szybciej i łatwiej "posprzątać" w swoim życiu, choć szczerze mówiąc, wątpię. W swoim czasie i tak każdy dochodzi do tych samych lub podobnych prawd, ale tak to już jakoś jest, że jeśli odkrywamy je sami, stają dla nas znacznie cenniejsze.

Odkrycie drugie
czyli życie cyklami się toczy

Każdy skutek zawsze ma swoją przyczynę, choć nie zawsze jest ona łatwa do zauważenia. W dostrzeżeniu tej prawdy pomogła mi astrologia, dzięki której można precyzyjnie wskazywać i nazywać określone potrzeby odczuwane w pewnych okresach życia. Każdy z nas, czy tego chce czy nie, ma w swym życiu mnóstwo okazji do rozwoju wewnętrznego. Tak naprawdę, wszyscy ciągle się rozwijamy, wolniej lub szybciej, zestresowani lub zdopingowani kolejnymi doświadczeniami. Różnica wynika z poziomu otwartości na ten proces. Jeśli w swej nieświadomości potrzeby ciągłego rozwoju kurczowo trzymamy się czegoś - trybu życia, pracy, czy związku - poruszając się wciąż w obrębie znanych nam doświadczeń, to w pewnym momencie może zdarzyć się, że Siła Wyższa - los, Bóg, wszechświat - zmusi nas do rozwoju, "popychając" nas w kierunku określonych doświadczeń, z których możemy czerpać naukę. Często dzieje się to za sprawą przykrych wydarzeń, na które nie mamy żadnego wpływu, i którym musimy się poddać, jak choroba czy wypadek (skutkiem których musimy zmienić tryb życia), zwolnienie z pracy (musimy wtedy znaleźć inną), kłótni lub wręcz zerwania z partnerem (musimy nauczyć się żyć samotnie i samodzielnie).

Kiedyś przyszło mi do głowy, by sporządzić swój "kalendarz astrologiczny" i porównać moje doświadczenia życiowe z ówczesnymi pozycjami tranzytowymi Jowisza i Saturna. Przez kilka ostatnich lat, odkąd zająłem się znaczeniem cykli astrologicznych, śledziłem co prawda bieżące tranzyty i ich sposób manifestowania się w moim życiu, koncentrowałem się jednak raczej na swej teraźniejszości i przyszłości, zaniedbując przeszłość. Po sporządzeniu "kalendarza astrologicznego" odkryłem, że moje życie przebiegało zgodnie z cyklami astrologicznymi Jowisza i Saturna, niezależnie od stopnia rozwoju intuicji czy świadomości. Różnica tkwiła w sposobie podporządkowywania się tym cyklom. Zauważyłem, że moje dotychczasowe życie podzielić można na trzy etapy:

  1. intuicyjny - kiedy życie było dla mnie zupełnie proste, a większość doświadczeń przebiegała po mojej myśli. Wówczas nazywałem to "szczęściem w życiu", a obecnie wiem, że po prostu żyłem w zgodzie z wewnętrznymi cyklami przemian. Dzięki temu, Siła Wyższa nie musiała zbytnio ingerować w moje poczynania, a mój proces samorozwoju przebiegał harmonijnie i łagodnie. Niestety, ta "łatwość życia" spowodowała, że nabrałem aroganckiego przekonania o własnej wyższości: skoro wszystko tak mi się doskonale układa, czy nie znaczy to, że wiem lepiej? Stopniowo to przeświadczenie przerodziło się w fanatyczną wręcz pewność, która szła w parze z nietolerancją dla przekonań innych ludzi, a w końcu również dla własnych wewnętrznych potrzeb i cykli rozwoju. Wtedy to po raz pierwszy wtrąciła się w moje życie Siła Wyższa i rozpoczął się dla mnie kolejny etap:

  2. nieświadomy - kiedy sądziłem, że doskonale wiem, co jest dla mnie dobre i właściwe i starałem się za wszelką cenę osiągać wyznaczone cele. Ponieważ jednak w większości były one niezgodne z moimi wewnętrznymi cyklami, Siła Wyższa co chwila "dawała mi po nosie", i zmuszała do weryfikowania zamierzeń, albo wręcz radykalnie uniemożliwiała ich realizację. Dzięki tej ingerencji, w tamtym okresie również żyłem w zgodzie z wewnętrznymi cyklami, tyle, że byłem zmuszany do ich wypełniania. Szukając sposobów na poradzenie sobie z poczuciem zagubienia w życiu i wrażenia zewnętrznego przymusu, zainteresowałem się psychologią holistyczną i myśleniem pozytywnym, a nieco później również ezoteryką, Tarotem i w końcu astrologią. Odkrycie istnienia wewnętrznych cykli rozwoju i możliwości ich śledzenia dzięki astrologii rozpoczęło kolejny etap w moim życiu:

  3. świadomy - kiedy to mój proces samorozwoju znowu przebiega w harmonii z wewnętrznymi cyklami zmian. Wszelkie potrzeby oraz wywoływane nimi doświadczenia odbieram jako zawsze właściwe i pożyteczne, ponieważ zazwyczaj dostrzegam ich głęboki sens i płynącą z nich naukę. Oczywiście, czasem zdarza się, że nie potrafię właściwie ocenić znaczenia i pożytku trudniejszych doświadczeń w chwili, kiedy mnie spotykają, wtedy po prostu ufam mądrości Wyższej Siły i czekam na "dobrą wiadomość". Nadchodzi zawsze, choć w różnej postaci - kolejnego zdarzenia, "odwracającego" przykrość w korzyść, czy też zrozumienia podświadomej potrzeby, która wywołała to trudne doświadczenie, a w konsekwencji uwolnienie się od niej.

Astrologia umożliwia mi śledzenie kolejnych etapów mojego planu rozwoju, dzięki czemu jestem przygotowany na główne trendy tych etapów, potrafię je rozpoznać, kiedy nadchodzą i wykorzystać najlepiej jak to możliwe przy moim obecnym poziomie świadomości. Mój obecny spokój wewnętrzny wynika z poczucia, że wszystkie etapy w moim życiu następują we właściwej kolejności, a każdy następny jest logiczną i naturalną konsekwencją poprzedniego. Śledzenie cykli astrologicznych pomaga mi zaufać procesowi zmian, w którym każde doświadczenie jest ważne, gdyż stanowi nieodłączną cząstkę całości. Innymi słowy, nie mógłbym być tym, kim jestem, tu i teraz, gdyby nie dane mi były wszystkie przeżyte przeze mnie doświadczenia, zarówno te przyjemne, jak i te trudne.


© Copyright by Ryszard Oślizło 2005-2014